To jest świetny temat polityczno-społeczny. Umowy śmieciowe. Konflikt, który wzbudza emocje podkręcane medialną, propagandową pożywką.

Nie ma to jak etat

Jeszcze kilka miesięcy temu miałem piękną umowę o pracę. Miałem etat i do tego na tak zwany czas nieokreślony. W nomenklaturze obowiązującej w retoryce związków zawodowych to była prawdziwa, a nie śmieciowa umowa. Dzisiaj jestem na swoim. Umowa na czas nieokreślony leży w moich prywatno-rodzinnych archiwach, podobnie jak dokument stwierdzający jej rozwiązanie, za porozumieniem stron. Tak to się ładnie nazywa. A ja jestem zadowolony, choć z wielkim bagażem wypełnionym niepokojem niesionym „na głowie”.Ruiny

A może zamienić się rolami?

Załóżmy, że jesteś przedsiębiorcą, załóżmy, że zatrudniasz pracowników, załóżmy, że każdy z nich ma umowę na czas nieokreślony. Załóżmy, że przyszedł gorszy czas, że firma radzi sobie coraz gorzej, że koniunktura spada, że pojawiła się nowa konkurencja, że masz problemy ze zdrowiem i wszystkiego robisz mniej. Załóżmy, że przychody tak stopniały, że nie wystarcza na opłacenie zatrudnionych ludzi. Musisz:
albo kogoś zwolnić,
albo zmniejszyć zatrudnienie,
albo zamknąć cały biznes, co w konsekwencji przyniesie utratę pracy przez wszystkich pracowników.
Załóżmy, że nikt nie zgadza się na odejście, załóżmy, że nikt nie zgadza się na obniżenie wynagrodzenia. Jak myślicie co się stanie? Jaki będzie scenariusz?

Ksiądz Jacek od WIOSNY

Podczas mojego tradycyjnego porannego przeglądania zasobów sieciowych natknąłem się artykuł: „Ks. Stryczek: Umowa o pracę nie jest jak małżeństwo”. Przeczytajcie, naprawdę nie jest długi. Uważam, że warto. Treść zainspirowała mnie do skrobnięcia tych kilkudziesięciu zdań.

Bardzo podoba mi się podkreślenie tego, że umowa o pracę nie jest jak małżeństwo. Małżeństwo (jestem katolikiem i jest to dla mnie oczywiste) zawieramy na zawsze, do końca. Pracę podejmujemy na chwilę, na czas. I nie inaczej.

Umowy mają to do siebie, że wiążą co najmniej dwie strony, dwóch ludzi, dwa podmioty. Umowa mało kiedy bywają w pełni symetryczne, w pełni ‚równe’ dla każdej z umawiających się stron. Tylko, że nie ma w tym nic obiektywnie złego. Ktoś ma coś i oferuje to komuś innemu, w zamian za coś innego.

Wolność i ryzyko są siostrami

Właściciel firmy ryzykuje wszystkim, co włożył w firmę i wszystkim, czego nie wyłączył ze swojego majątku. Najczęściej całym majątkiem rodzinnym. Za podejmowanie ryzyka oczekuje przynajmniej możliwości podejmowania decyzji, także tej związanej z zatrudnieniem czy zwolnieniem pracownika. Czy to jest coś złego?

Wmawia się ludziom, że tamci to tacy źli, że chcą wszystkich wyrolować, wykorzystać. Oczywiście są i tacy ludzie, tyle, że występują po obu stronach stolika. I zwyczajnie trzeba o tym pamiętać.

Istotą nie powinno być to, żeby zapewnić ludziom pewność zatrudnienia niezależnie od wszystkich innych okoliczności. Istotą powinno być to, aby jakość pracy ludzi wystarczała do tego, aby nikt ani nie chciał, ani nie musiał się ich pozbywać. Istotą jest to, żeby ludzie coraz bardziej świadomie szukali sposobu na swoje życie, na swoją pracę. I nie czekali na to, aby ktoś za nich podejmował decyzje, zapewniał im spokój i stałość posady, miejsca zamieszkania, odpowiedniego standardu życia. Przestańmy produkować całe rzesze bezwolnych ludzików, którzy potrzebują norm i ustaleń do wszystkiego.

Oby nie wyszło całkiem na szaro

Oczywiście, można z punktu widzenia politycznego wprowadzić przymus podpisywania umów o pracę na czas nieokreślony obarczonych sporymi kosztami zatrudnienia. Można, ale warto pamiętać o szarej strefie. Rynek szuka optymalnych rozwiązań, a w momencie bardzo kosztownego utrzymywania etatowców, ryzyko rozliczania pod stołem jawi się jako całkiem sensowna alternatywa.

Dbajmy i walczmy o konkurencyjność, a nie o przewidywalność i totalną stabilność.