Wszystko pachniało marchewką, porem lub selerem. Czasem sałatą, rzodkiewką lub rukolą. Praca była i w soboty i w niedziele czasem. Zabójcze pobudki tuż po 5, przejażdżka volkswagenem T3 po drogach polnych lepszych niż niejedna nasza powiatówka i start. Z nożem w dłoni i ostrzałką w kieszeni. To były czasy.

Prawie

Miałem ochotę napisać o meczu. Nasza drużyna narodowa nożno piłkarska jest prawie wspaniała. Naprawdę, z ręką na sercu i kciukiem na spacji. Prawie wspaniała. Prawie wygrali z Ukrainą, prawie wygrali z Mołdawią i prawie wygrali z Czarnogórą. Zagrali dzisiaj fajny mecz prawie cały dobrze. Prawie jak zwykle czegoś zabrakło. Zawsze prawie czegoś brakuje. Niedługo zabraknie im jednak prawdziwie punktów eliminacyjnych. Prawie będą w Rio.

Tylko przecież ja nie o tym miałem pisać. Gapię się w ekran i próbuję sobie przypomnieć: dlaczego taki tytuł? Ach tak właśnie mija godzina 1 w nocy, minął piątek (ten znowu) i zaczęła mijać ta sobota. I pomyśleć, że dwie godziny na zachód jeszcze jest piątek, a 23 godziny na wschód… oj jakieś głupoty chyba. Wstyd.

siatka w piątek

Trochę historii.

Miałem w swoim wspaniałym życiu epizod gastarbeit-owy (pewnie z błędem to piszę, ale niech tam). Trzykrotnie wyjeżdżałem do zachodnich naszych sąsiadów do pracy w polu. W sumie zbierze się prawie pół roku, a realniej pewnie około 5 miesięcy. Praca. praca, praca, kawa, praca, praca, kawa, praca, praca, sen i mniej więcej w takich proporcjach mijało mi tam życie. Piosenka zespołu Elektryczne Gitary „I co ja robię tu” była wtedy moim hymnem, pasowała jak ulał.

Wszystko pachniało marchewką, porem lub selerem. Czasem sałatą, rzodkiewką lub rukolą. Praca była i w soboty i w niedziele czasem. Zabójcze pobudki tuż po 5, przejażdżka volkswagenem T3 po drogach polnych lepszych niż niejedna nasza powiatówka i start. Z nożem w dłoni i ostrzałką w kieszeni. To były czasy. I mnóstwo minut wygadanych z moją drugą połówką zawsze gdy był choć odrobinkę wolny wieczór. Nie zanotowałem i nie pamiętam, ale sporą kwotę wydaliśmy na opłacenie rachunków. I gdzie tu logika?

W sobotę, co tydzień. W sobotę, bo wtedy pracy było z reguły mniej. Właśnie w sobotę odbywały się imprezy. 90% alkoholu, dwie paczki paluszków, trzy opakowania gotowych ‚ciastek’, puszka orzeszków i trochę napojów bez %. Do tego jakieś 30 osób. Nietrudno zgadnąć o co w nich chodziło.

Będąc tam dość szybko zasłużyłem na przezwisko. W sumie to dwa. Nazywano mnie ‚poniedziałek’. Ciekawe czy ktokolwiek zgadłby dlaczego?

Poniedziałek

Przezwisko wynikało z banalnych okoliczności. Ja pojechałem tam w bardzo konkretnym celu –  zarobić jakieś pieniądze, do roboty, ciężkiej fizycznej roboty. Pojechałem na określony czas i zanim wyjechałem, nawet zanim zacząłem pakować swoje tobołki już marzyłem o powrocie. Tym bardziej, że moja lepsza połowa zostawała w Polsce. Dla mnie tam liczył się każdy tydzień za plecami (bo wtedy mniej z przodu), liczył się upływ czasu. Chciałem jak najszybciej zakończyć misję i wrócić. To chciałem. Poniedziałek był dla mnie dniem który sygnalizował rozpoczęcie kolejnego tygodnia, a wkrótce ostatniego tygodnia pobytu. Czekałem zawsze na poniedziałek. Nadzieja na szybki powrót.

Zgadnijcie ile jeszcze osób czekało na poniedziałek. Już macie odpowiedzi? Nikt. Nikt poza mną. I stąd poniedziałek.

Inni czekali na piątek i sobotę. W niedzielę już jęczeli, że za chwilę poniedziałek. A ja się cieszyłem.

W taki sposób zostałem poniedziałkiem.

Piątek i sobota

Lubię piątki, lubię soboty. Nie rozumiem jednak ludzi, którzy czekają tylko na piątek i tylko na sobotę, tylko na weekend. Nie chciałbym być na ich miejscu. Życie dwa dni w tygodniu to słaby wynik. Bardzo słaby. To zaledwie jakieś 2/7 życia, to mniej niż jedna trzecia. A co zresztą? Za karę?

Nie rozumiem dlaczego tak niewielu próbuje nauczyć się cieszyć każdym dniem, każdą chwilą tu i teraz przeżywaną. Wiecznie na coś czekają, na coś co ma nadejść.  Kiedy już nadchodzi, przekroczy ich próg to od razu zaczynają kolejne czekanie. Smutno tak.
Skoro jednak mamy wolność to i każdy może po swojemu. Może jęczeć i narzekać bez końca, może wiecznie na coś czekać lub może chłonąć teraz i tu. Doświadczać.